OPERACJA

„BAŁTYK 2014 „

Nasza pierwsza wyprawa morska

Od wielu już lat wśród sympatyków i miłośników żeglarstwa w naszej placówce rodziły się plany dotyczące wyprawy morskiej. Dotychczas nasi miłośnicy żeglarstwa mieli okazję uprawiać ten wspaniały sport na różnych akwenach śródlądowych, lecz ci, którzy chociaż raz zakosztowali smaku żeglowania po falach morskich wiedzą, że to nie to samo! Ktoś powiedział kiedyś że marzenia mają to do siebie, że się nigdy nie spełniają - NA SZCZĘŚCIE TO NIEPRAWDA!

Początkiem września 2013 roku z inicjatywy Pana Waldemara Januszewskiego nauczyciela praktycznej nauki zawodu, zrodziła się inicjatywa zorganizowania pierwszego w historii naszej placówki rejsu morskiego. Po wstępnych rozmowach z dyrektorem Bogdanem Bylińskim podjął on decyzję o wdrożeniu projektu w życie. Powstała trzyosobowa grupa odpowiedzialna za realizację i przygotowanie wyprawy. W jej skład weszli: Waldemar Januszewski, Maciej Paź oraz Marek Wrona. Równolegle z przygotowaniami do rejsu ruszył również kurs żeglarski dla wychowanków oraz pracowników naszej placówki. Zainteresowanie rejsem od początku było spore, bowiem na początkowej liście znalazło się aż 32 przysłowiowych „szczurów lądowych”. Przygotowania do rejsu oraz uczestnictwo w kursie wymagało od przyszłych wilków morskich sporego poświecenia i wysiłku. Zajęcia odbywały się co tydzień - bez żadnych wyjątków - a teoria żeglarstwa, niejednego przyprawiła o ból „makówki”. Do ostatniego etapu dotrwało 21 twardzieli. Spośród nich 12 zakwalifikowało się do udziału w rejsie.

Kryteria, które decydowały o zakwalifikowaniu były następujące: dobre zachowanie, pozytywne wyniki w nauce oraz ogólna postawa. Przygotowania do wyprawy trwały kilka miesięcy. Zaangażowanych w nie było wielu spośród pracowników naszej placówki, a że czas mija bardzo szybko, nadeszła długo oczekiwana chwila, kiedy to ostatecznie została zweryfikowana lista uczestników rejsu. Co nie było rzeczą łatwą! Należało jeszcze dopiąć na ostatni guzik sprawy organizacyjne, spakować plecaki, no i w drogę ku przygodzie!

22 maja o godzinie 2200 cała nasza ferajna wyruszyła z dworca kolejowego w Pszczynie w drogę do Katowic, a następnie do Szczecina i Trzebieży, gdzie zacumowany był nasz żaglowiec s/y "Kapitan Głowacki". Następnego dnia, czyli 23 maja o godzinie 1100, poznaliśmy stałą załogę żaglowca: kapitana, bosmana oraz mechanika. Zaraz potem zaokrętowaliśmy się na żaglowcu, który jak widać na zdjęciach jest sporych rozmiarów brygantyną Jej największą, jak się okazało, atrakcją są wysokie na 22 metry maszty rejowe, po których nasza załoga wspinała się co dzień coraz śmielej!!!

Pierwszy dzień spędziliśmy na wstępnym szkoleniu BHP, zapoznaniu się z wyposażeniem jednostki oraz uzupełnieniu zaopatrzenia, zwłaszcza tego, które miało się znaleźć w kambuzie. Zostaliśmy podzieleni na 3 wachty, z których każda odpowiedzialna była za sprawne funkcjonowanie jednostki w trakcie rejsu. Nie trzeba mówić, że najważniejszą była wachta kambuzowa! Wieczorem, w trakcie spotkania organizacyjnego, zapadły decyzje dotyczące trasy rejsu. Ku miłemu zaskoczeniu nas wszystkich zapadła decyzja o wyprawie na duńską wyspę Bornholm.

24 maja, godzina 800. Wyruszamy w rejs. Opuszczamy port w Trzebieży i kierujemy się na Świnoujście, gdzie cumujemy na mały postój. Świnoujście tak spodobało się naszym załogantom, że jeden z nich o mały włos nie został na brzegu, bowiem po oddaniu cum zapomniał zabrać swój tyłek na pokład (nazwisko znane załodze). Po opuszczeniu główek portowych Świnoujścia obraliśmy kurs na wcześniej wspomniany Bornholm. Pogoda od pierwszego dnia była typowo plażowa, siła wiatru oraz stan morza nie pozwalały nam na szaleństwo pod żaglami, dlatego też musieliśmy odpalić „katarynę”, czyli silnik i wolno kierować się ku celu. Po trzech godzinach ląd zniknął nam za horyzontem, a my płynęliśmy, podziwiając wspaniały zachód słońca, który z pokładu "Głowackiego" wygląda niepowtarzalnie. W trakcie nocy warunki pogodowe troszeczkę się zmieniły, co umożliwiło postawienie żagli i wyłączenie monotonnie mruczącego silnika. Jedną z atrakcji pierwszego poranka na pełnym morzu było wędkowanie. Niestety bez większych efektów. Około godziny 1200 naszym oczom ukazał się, początkowo jeszcze niezbyt wyraźny, zarys lądu: brzeg Bornholmu. Korzystając z pięknej słonecznej pogody postawiliśmy żaglowiec w dryf i zajęliśmy się różnorodnymi pracami bosmańskimi.Jedni pracowali z żaglami, które wymagały jeszcze dopieszczenia, inni majstrowali przy kamizelkach ratunkowych, a jeszcze inni w kambuzie prowadzili kuchenne rewolucje, niekoniecznie te pani Magdy G. Po uporaniu się z licznymi wyzwaniami ludzi morza, w godzinach popołudniowych, weszliśmy do Nexo, portu leżącego na wschodniej stronie wyspy. Miasteczko niczym z bajki - charakterystyczne zabudowania czynią to miejsce wyjątkowo urokliwym. Zwiedzanie osady przysporzyło nam wielu przeżyć i dało możliwość poznania wyspiarskiego stylu życia. Następnego dnia, po przeprowadzeniu drobnych prac bosmańskich i wypisaniu pocztówek, wyruszyliśmy w dalszą drogę. Wprawdzie rozważana była wyprawa do jednego z portów Szwecji, lecz prognoza pogody była niezbyt pomyślna. Zapowiadano bowiem nadejście sztormu z kierunku północnego, czyli w tym przypadku z tak zwanego „wmordewindu ”. Zapowiedzi sztormu wywołały nie lada emocje, zwłaszcza u jednego z załogantów, naszego Przemusia, który nie mógł się doczekać tego, co jak się później okazało, nieźle go „sponiewierało”, zresztą nie tylko jego…….!

Ze względu na prognozę pogody obraliśmy kurs na Ronne stolicę Bornholmu, gdzie czekała na nas niespodzianka, ale o tym potem. Droga z Nexo do Ronne była wyjątkowa. W jej trakcie mieliśmy okazję zasmakować prawdziwego wędkowania morskiego. Kilku szczęśliwców złowiło spore sztuki, co zostało skrzętnie udokumentowane na zdjęciach. Po całonocnym żeglowaniu w wymarzonych warunkach pogodowych, dotarliśmy wczesnym rankiem do główek portowych Ronne. Po wejściu do basenu portowego ukazała się naszym oczom wspomniana wcześniej niespodzianka. Był nią zacumowany przy nabrzeżu polski szkuner "Zawisza Czarny". I tak to na obcej ziemi stanęły obok siebie dwa wyjątkowe żaglowce pod biało - czerwonymi banderami. Po przywitaniu się obu załóg nasi żeglarze mieli niepowtarzalną okazję zwiedzić słynnego „Zawiasa”.

Reszta dnia upłynęła nam na zwiedzaniu miasta oraz na przygotowaniach do drogi powrotnej, bowiem wszystko co dobre szybko, a nawet bardzo szybko się kończy. Warunki pogodowe, zgodnie z zapowiedziami meteorologicznymi, z plażowych zmieniały się z godziny na godzinę w sztormowe, z czego najbardziej cieszył się kto? Tak, tak, oczywiście wspomniany już wcześniej Przemuś.

Ostatniego dnia rejsu pożegnaliśmy się z załogą Zawiszy i godzinę po nim wypłynęlismy w drogę powrotną - sternik „kurs na Świnoujście”. Gdy opuszczaliśmy główki portowe Ronne, Bałtyk przywitał nas iście po królewsku, czyli 8 - 9 w skali B i stan morza 6, co po upływie około godziny zmiotło sporą część załogi pod pokład, gdzie paradoksalnie jest jeszcze bardziej "przechlapane", niż na górze, o czym przekonał się nasz Tadziu, który usiłując dotrzeć do swojej kajuty, wbrew swej woli poddając się siłom grawitacji, znalazł się w kajucie naprzeciwko.

Droga powrotna ku brzegom naszej ojczyzny wyglądała mniej więcej tak: nasz żaglowiec bujał się w imponujących przechyłach z prawej na lewą burtę, od czasu do czasu zalewany sporymi falami; załoga została zdziesiątkowana w około 45 minut; z twarzy Przemusia uśmiech zniknął na długo, po czym sam Przemuś zniknął na jeszcze dłużej; pod pokładem królował nieład wywołany złudzeniem braku grawitacji niczym w Apollo 13; w kambuzie dwóch twardzieli walczyło z pulpetami, które można było znaleźć wszędzie tylko nie w garnku. Kuchenna batalia o obiad zakończyła się demolką kosza na śmieci w wykonaniu Dominika zwanego pieszczotliwie Kicią. Najdłużej wśród żywych trzymał się „Miodzio” - dosłownie przypięty do sztormlinki. Z czasem jednak i on udał się na zasłużony odpoczynek, oddając Neptunowi to co jego. A tak na marginesie Neptun tego dnia został szczodrze obdarowany przez załogę "Głowackiego". Tak to więc droga powrotna mijała nam w typowo żeglarskiej atmosferze z licznymi atrakcjami. Około godziny 2200 mijaliśmy ponownie główki portowe w Świnoujściu. Nasza wyprawa dobiegała końca. 29 maja był ostatnim dniem naszej wyprawy. Po nocy spędzonej przy nabrzeżu w Świnoujściu tuż za s/y "Fryderyk Chopin", wróciliśmy do Trzebieży - portu, z którego zaczynaliśmy naszą morską przygodę, która z pewnością pozostawi po sobie niezapomniane przeżycia oraz wspomnienia.

Chcielibyśmy serdecznie podziękować wszystkim tym, którzy przyczynili się do zorganizowania tego rejsu, a jest to cały sztab pracowników wielu działów. Serdecznie Wam wszystkim dziękujemy i mamy nadzieję, że ten rejs to początek wypraw morskich pod patronatem naszej placówki!!!!!!!!!!

Z żeglarskim pozdrowieniem załoga s/y Kapitan Głowacki

Trzebież – Bornholm 23-29.05.2014r